Nowy blog na stronie piotrhorzela.com

czwartek, 28 lipca 2011

Gdy plany biorą w łeb

Lokalizacja: Rurrenabaque, Bolivia

Plan był taki: 

Wycieczka do Pampy w okolice Rurrenabaque (Boliwia), do którego właśnie dotarliśmy. W wyniku zamieszania nic z tego nie wyszło. Tu się spóźniliśmy i wszystkie miejsca były już zajęte, tam kolegę rozbolał ząb, jeszcze gdzie indziej Pani zrobiła nas w “bambuko”, zatajając do ostatniej chwili dodatkową, całkiem dotkliwą dla portfela opłatę. Jest pewnie wiele sposobów radzenia sobie w takich sytuacjach, ja staram się realizować kilka banalnych punktów pomagających przełamać złą passę. Oto one:

1.Nie marudź
2. Nie denerwuj się na coś, czego nie można zmienić (przynajmniej nie dłużej niż 30 min.)
3. Nie siedź i nie czekaj na cud
4. Wymyśl plan alternatywny lub pójdź “na żywioł”
5. Zacznij wreszcie działać!

Realizacja tych założeń w tym wypadku wyglądała następująco:

Ad 1) Nie marudziłem, siedziałem cicho

Ad 2) Owszem byłem poirytowany zaistniałą sytuacją... ale po 31 min. mi przeszło

Ad 3) Cuda mnie raczej omijają (nie licząc tworów przyrody Ameryki Południowej), więc czemu miałbym na nie czekać, w dodatku na siedząco?

Ad 4) O plan alternatywny siedząc w hamaku było ciężko, więc poszedłem na tzw. “żywioł”, co zawsze dodaje animuszu i poprawia humor

Ad 5) Zadziałałem. Co dokładnie zrobiłem tego dnia? Opowiem:

Pierwotny plan nie wypalił, wkradł się marazm. Po dłuższej chwili namysłu opuściłem hamak i poszedłem z częścią ekipy wracającej do La Paz na dworzec autobusowy. Wracać do stolicy Boliwii nie miałem zamiaru ale... opuszczenie turystycznego Rurranabaque zdawało się jedynym sensownym rozwiązaniem. Pozwalało na ucieczkę od posępnego humoru, biur turystycznych i wreszcie setek twarzy w żadnym razie nie przypominających lokalnej ludności. Na dworcu jak zwykle chaos. Stojące w błocie autobusy, ozdobione malowidłami przedstawiającymi m. in. twarz Jezusa, wyszczerzonego tygrysa czy krągłości białych kobiet; ludzie siedzący na tobołach. Pracownicy agencji przewozowych sprzedający bilety, wykrzykując przy tym wniebogłosy nazwy miast docelowych. Kobiety, sprzedające plastikowe torby wypełnione pożywieniem przypominającym obiad, lawirujące pomiędzy pasażerami... Ten cały rejwach natchnął mnie do spojrzenia na mapę Boliwii. Prześledzenie jej doprowadziło do powstania ramowego planu dalszych działań, który zakładał trzygodzinną przejażdżkę autobusem w kierunku La Paz, następnie rozstanie się z Michałem i Mają i odbicie na wschód.

“Nie chcieli mnie wysłać na wycieczkę… zorganizuję sobie własną” pomyślałem. Po 10 minutach kombinacji i dopytywania udało mi się zbić o połowę cenę przejazdu autobusem do wyznaczonego celu. Mój pojazd, dla zachęcenia klientów i prawdopodobnie dla ochrony, na karoserii miał wymalowane popiersie wspomnianego wyżej Jezusa w towarzystwie wielkiego tukana siedzącego na gałęzi. Chwyt marketingowy? Sposób na zapewnienie bezpiecznej jazdy? Ciekawe, co autor dzieła miał na myśli. Ukontentowany obraniem nowego celu i zakupem biletu po okazyjnej cenie postanowiłem się posilić (naleśniki na śniadanie były już 2h temu). Zrezygnowałem z obiadu wprost z foliowego worka i usiadłem w pobliskiej restauracji. Przyznam, że pisząc ten tekst wahałem się przez chwilę przed nazwaniem mojej jadłodajni „restauracją”, bo czy znaczenie tego słowa pasuje do skleconej z desek naprędce wiatki wyposażonej w palnik gazowy, do której przylega stół z dwiema ławami? “Completo, por favor” czyli hm... “zestaw dnia poproszę?” Zupa jak zwykle bardzo dobra. Na drugie danie smażona ryba z ryżem, bananem z głębokiego oleju (nie krzywcie się, mają tu takie gatunki bananów, które się do tego nadają), surówką, oraz... jako dodatek… coś włóknistego, przypominającego skrzyżowanie banana ze szparagiem. Pod względem różnorodności potraw Boliwia w moim rankingu zajmuje pierwsze miejsce. Tuż za nią plasuje się Peru. Dokończyłem w pośpiechu posiłek i wraz z Mają i Michałem usadowiłem się w autobusie.

Śmiech, komentowanie otoczenia (a zwłaszcza współpasażerów - w tym dwóch brytyjskich malkontentów siedzących obok) oraz ożywiona dyskusja z towarzyszami o genezie porażki wycieczki do Pampy i decyzyjności naszej grupy sprawiły, że czas mijał nam całkiem szybko. Po 4,5h (czyli jakieś 1,5h później niż zakładał rozkład jazdy) dotarliśmy do miejscowości Yucuma. Już na starcie odnotowaliśmy półgodzinne spóźnienie. Kolejne obsunięcia spowodowane były głównie ugrzęźnięciem naszego wieloosobowego pojazdu terenowego w czerwonawej glinie, stanowiącej nawierzchnię lokalnych dróg. W Yucumie przyszedł czas na pożegnanie i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Maja z Michałem do La Paz, do dentysty, ja zaś w stronę Trynidadu. Nie, nie tego od Tobago. Mój Trynidad to miasto w boliwijskiej strefie dorzecza Amazonii.

Nawoływania właścicieli minibusów, którzy w nachalny sposób oferowali swoje usługi transportowe nic nie wskórały. Ruszyłem piechotą. Po dwóch kilometrach marszu i przeanalizowaniu położenia słońca (tuż nad horyzontem) zdecydowałem się łapać stopa. Zatrzymała się pierwsza ciężarówka. Przez otwarte okno kierowca wypalił: “Ile dasz za podwiezienie?” “Pięć soli” (odpowiednik 2zł). Skrzywił się, więc dodałem że: “nie mam kasy, podróżuję od dawna, a za resztki funduszy muszę kupić coś do jedzenia”. Ostatnie zdanie podkreśliłem błagalną miną. Podziałało i chwilę później połykaliśmy wspólnie kolejne kilometry drogi z rozmiękłej, czerwonej gliny. Poboczami ciągnęła się przerzedzona i poprzecinana pastwiskami dżungla. Mój wzrok co chwilę podążał za nieznanymi gatunkami zwierząt, głównie ptaków. Najbardziej zapadły mi w pamięć gromady żółto - czarnych ptaszysk o długich ogonach, drących się tak, że nawet hałasy generowane przez nasz wiekowy pojazd nie były w stanie ich zagłuszyć. Czas podróży uprzyjemniałem sobie rozmową z kierowcą. Dowiedziałem się m. in. jak nazywają się niektóre z okolicznych drzew oraz że: “Su ti ha ha Pedro” w języku Indian Aymara oznacza: “jestem Piotr”. W zamian dałem Panu kierowcy lekcję z geografii Europy i Polski. Nauczyłem go polskiego słowa oznaczającego jego zawód. “Kieeerooowca, kierowca, kierowca!” powtarzał zadowolony niemniej ode mnie, kiedy kilka minut temu sepleniłem swoje “Su ti ha ha Pedro”. Tak po 3h dotarliśmy do wioski, gdzie mój środek transportu musiał poczekać do rana na załadunek. O 6 rano ruszamy w dalszą drogę! Tę noc spędziłem w namiocie przy szosie pod jakąś rozpadającą się wiatą. Było ciepło więc dlaczego w namiocie? Dlatego, żeby zwiać przed robactwem atakującym rudego gringo ze wszystkich stron.

W tej chwili jest 20:56 i ciemno od 2h. W oddali bębni dynamiczna muzyka przypominająca “makarenę” (!?). Nie zagłusza ona jednak koncertu świerszczy, a już z pewnością nic nie jest w stanie zagłuszyć popisów lokalnych dzieci, które rozrzucają petardy na prawo i lewo, strasząc wszystko co żywe.

Podsumowanie

Może nie widziałem zbyt wielu zwierząt. Wycieczka do Pampy byłaby z pewnością bardziej obfitująca w tego typu atrakcje. Nie ma się jednak czym martwić. Po pierwsze jutro też jest dzień, zwierzaki raczej nigdzie się nie wyprowadzą. Po drugie pomimo nienajlepszego początku mam poczucie dobrze spędzonego dnia. Powody? Dookoła było zielono (dżungla cały dzień nie dalej niż 20 m ode mnie). Tona śmiechu z dobrymi kompanami (tu czas pozdrowić Maję i Michała czyli “Klapki Kubota”). Do tego dobre jedzenie za grosze, trening hiszpańskiego z Indianinem Aymara i sporo zaoszczędzonego grosza w kieszeni.. Za resztę można zapłacić kartą MasterCard.
Dobranoc.

P.S. W żadnym wypadku nie popieram spontanicznych rozwiązań typu spacer do dżungli czy odwiedziny w zapomnianych wioskach bez towarzystwa przewodnika. Nie popieram także innych nieodpowiedzialnych zachowań. „Najważniejsze jest przestrzeganie przepisów BHP! (…)” – jak by to ujął mój idol, „AS” z „Hydrozagadki”. Czołem! – pożegnanie też ukradłem „AS-owi!”.

GALERIA - Okolice Rurrenabaque



środa, 27 lipca 2011

Rurrenabaque - w boliwijskiej dżungli - Galeria

Lokalizacja: Rurrenabaque, Bolivia



czwartek, 7 lipca 2011

Okolice jeziora Titicaca - Galeria

Lokalizacja: Lake Titicaca


poniedziałek, 4 lipca 2011

Zaległe zdjęcia z Cusco - Galeria

Lokalizacja: Cuzco, Peru

Zgodnie z zapowiedzią dodaję galerię zdjęć z Cusco. Architektura, wieczne fiesty, wielki market na którym upodobałem sobie “Caldo de Gallina”. Czyli wielkie michy prawie “polskiego” rosołu. Komu było mało.. mógł dostać “jape”. Nie, nie “w japę”. “Japa” to po prostu dolewka. Ogólnie Cusco na dużym plusie.


niedziela, 26 czerwca 2011

Machu Picchu “po taniości”

Lokalizacja: Machu Picchu, Aguas Calientes, Peru
Cusco, dawna stolica Inków mimo iż pełna turystów okazała się miastem, które jak dotąd zrobiło na mnie najlepsze wrażenie. Co zadecydowało o takiej ocenie? Prawie codzienne uliczne parady urzekające różnorodnością strojów i muzyką? Czy może architektura miasta podbitego w 1533 roku przez Hiszpanów? A może „Caldo de Gallina” (rosół z kury) najlepszy w dotychczas poznanej Ameryce Południowej? Nie wiem. Pewnie każde z nich dołożyło swoją cegiełkę. Może wymiar tego wszystkiego byłby inny gdyby nie fakt, że wszystko to podziwiałem (i smakowałem) w towarzystwie piątki spotkanych w Cusco Polaków. Tak czy inaczej, miasto mnie urzekło. 

Po kilku dniach chodzenia po kościołach, muzeach, lokalnych marketach i pubach zebraliśmy się w końcu i we czworo ruszyliśmy w kierunku oddalonego od o 120km od Cusco, Machu Picchu. Pewnie się zdziwicie gdy napiszę, że zrezygnowaliśmy z kosztującego ok. od 50 do 70 dolarów amerykańskich biletu kolejowego do (...)


piątek, 24 czerwca 2011

Do i z Machu Picchu - Galeria

Lokalizacja: Machu Picchu, Aguas Calientes, Peru



piątek, 17 czerwca 2011

Głęboki kanion… z dużą zniżką

Lokalizacja: Colca Canyon, Chivay, Peru
Stanąłem na rogatkach Arequipy i zacząłem łapać swój pierwszy autostop w Peru. Od razu podeszło do mnie kilka osób zainteresowanych moim zachowaniem, żeby wskazać mi najbliższy przystanek autobusowy. Tłumaczyłem, że usiłuję zatrzymać kogoś, kto podwiezie mnie za darmo. Na twarzach moich rozmówców malowało się niezrozumienie. Hm.. Po kolejnych kilku minutach.. stwierdziłem, że mimo całkiem sporego ruchu nie widziałem ani jednego zwykłego, osobowego samochodu. Jedynie autobusy, ciężarówki i służbowe 4x4. Na szczęście te ostatnie, okazały się tego dnia przychylne i po kilku godzinach dotarłem do (...)


czwartek, 16 czerwca 2011

Kanion Colca - Galeria

Lokalizacja: Colca Canyon, Chivay, Peru


piątek, 10 czerwca 2011

Arequipa przez pryzmat wyborów prezydenckich

Lokalizacja: Arequipa, Peru

Osiadłe życie w „ekonomicznym” hostelu - plusy i minusy.


Kolejnym krajem Ameryki Południowej jaki stanął na mojej drodze było Peru. Zatrzymałem się w Arequipie, mieście znanym jako „Rzym Ameryki Południowej”. Faktycznie, architektura kolonialna robiła wrażenie (nawet na kimś takim jak ja, na kim wrażenie robi przede wszystkim natura). Hostel w którym zamieszkałem, także przypadł mi do gustu: okolice centrum, w pobliżu targ miejski (gdzie można tanio i dobrze zjeść) dostęp do internetu, no i oczywiście cena.. 12zl/dobę. Niestety, jak to zwykle bywa, nie mogło być aż tak do końca sielankowo. Średnio co godzinę, niezależnie od tego w której części hostelu się znajdowałem.. musiałem wysłuchiwać niezbyt dźwięcznego głosu właścicielki posesji. Seniora Marija darła się wniebogłosy nawołując (...)


czwartek, 9 czerwca 2011

Catalina - klasztor - Galeria

Lokalizacja: Arequipa, Peru


poniedziałek, 6 czerwca 2011

Arequipa - Galeria

Lokalizacja: Arequipa, Peru



czwartek, 2 czerwca 2011

Pustynie, pamiątki, opuszczone miasta - czyli kolejna wizyta w Chile.

Lokalizacja: Tocopilla, Antofagasta, Chile

San Pedro de Atacama 


Po Boliwii przyszedł czas na kolejne odwiedziny Chile, tym razem wybór padł na Pustynię Atacama. W niektórych jej rejonach nie odnotowano kropli deszczu od początku zeszłego stulecia, co czyni ją najsuchszym miejscem na świecie. Po przekroczeniu granicy Boliwia - Chile, Święty Piotr z Atakamy (San Pedro de Atacama - miejscowość do której dojechałem) zaatakował mnie.. restauracjami i sklepami z pamiątkami, dzieła zniszczenia dokonali turyści. Panna z Niemiec i 30 letni osobnik z Chile, z którymi dzieliłem pokój w hotelu, prześcigali się w nachalnych propozycjach zaciągnięcia mnie do oglądania kolejnej najbardziej niebieskiej laguny.. kolejnej najbardziej słonej saliny.. kolejnego, kolejnej, kolejnego.. Na szczęście na ratunek przyszedł mi (...)


środa, 1 czerwca 2011

Humberstone - miasto widmo - Galeria

Lokalizacja: Pozo Almonte, Tarapacá Region, Chile


Przez Atacamę nad Pacyfik - Galeria

Lokalizacja: Tocopilla, Antofagasta Region, Chile


poniedziałek, 23 maja 2011

Dlaczego tak wyczekiwałem przyjazdu do Boliwii?

Lokalizacja: Uyuni, Bolivia
Na przyjazd do Boliwii czekałem od dłuższego czasu, ale to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Teraz po kolei. No więc, dojeżdżam sobie do przejścia granicznego La Quiaca(Argentyna)/Villazon(Boliwia). Jest wcześnie rano, wysiadam z autobusu.. Tak, po zakończeniu Ruty 40 autostopem szarpnąłem się na tani autobus, jak poprawny turysta! Wysiadam i.. przed oczyma niby dalej Argentyna, ludzie idą do pracy, do szkoły, otwierają powoli sklepy, jednak można dojrzeć coś nietypowego. Od czasu do czasu ,przemykają po ulicach kobiety z długimi warkoczami, w strojach jak dotąd niespotykanych z wielkimi tobołami na plecach.. Nie ma się co obijać, czas ruszyć w stronę granicy. W miarę zbliżania się do przejścia ilość pań dźwigających toboły rośnie, by po dotarciu na miejsce przerodzić się w kolorowy tłum worków, toreb, siatek, plisowanych spódnic i meloników, a wszystko to związane do kupy kruczo czarnymi warkoczami. Po przejściu przez granicę jest jeszcze ciekawiej (...)


niedziela, 22 maja 2011

Salar i laguny - Galeria

Lokalizacja: Uyuni, Bolivia



niedziela, 8 maja 2011

Ruta 40 autostopem - podsumowanie.

Lokalizacja: Argentyna
Argentyńską drogę numer 40 pokonałem po 52 dniach podróży. Tyle czasu zajęło mi przejechanie autostopem ok 5tys. kilometrów . Gdyby doliczyć wszystkie drogi, w które odbijałem żeby zapoznać się z jej bliższymi i dalszymi okolicami, liczba kilometrów, które przejechałem zbliżyłaby się do 7tys. Dla dopełnienia statystyki, liczba uprzejmych kierowców, których spotkałem na swojej drodze to “okrągłe” 99. 

Teraz podchodząc mniej statystycznie do tematu, w dzisiejszych czasach życie wymaga pośpiechu: wyślij, dokończ, nie spóźnij się, wstań wcześniej, nie marnuj na to czasu itd. Mieszkanie w dużych miastach, w połączeniu z tym, że lubię mieć wszystko uporządkowane w czasie spowodowało, że pośpiech i sztywne planowanie weszły mi w krew. Ani się obejrzałem, a moja podróż (...)


Ruta 40 - Galeria

Lokalizacja: Argentina




sobota, 7 maja 2011

Ból głowy.. poprzedzony noclegiem w punkcie medycznym.

Lokalizacja: Poma - Salta, Argentyna

Po kolejnych 3 tygodniach podróżowania autostopem, dotarłem do końca drogi numer 40, a tym samym do końca pierwszej wizyty w Argentynie W tym czasie wydarzyło się całkiem sporo, jednak z kilku względów nie opiszę wszystkiego. Jednym z nich jest to, że przecież muszę zachować kilka opowieści na spotkania z Wami. Tym razem skupię się na 125 kilometrowym odcinku trasy pomiędzy (...)


piątek, 6 maja 2011

Abra el acay - Galeria



czwartek, 21 kwietnia 2011

Niezła Mendoza! - oczywiście mowa o argentyńskiej prowincji.

Lokalizacja: Mendoza, Argentyna
Po jednej z nocy w nieukończonym, otoczonym złomem budynku i kolacji z jego konstruktorem, po wybłaganiu o podwiezienie kierowcy, w miejscu gdzie samochodów jest jak na lekarstwo, po otrzymaniu od faceta prowadzącego TIR-a połowy reklamówki liści koki, co oczywiście jest legalne i wreszcie po przejechaniu przez środek burzy piaskowej, bo inaczej tego nie można nazwać, dotarłem wreszcie do prowincji Mendoza! Nie wiem dlaczego oczekiwałem, że przekroczenie jej granicy jak za dotknięciem różdżki zmieni klimat z wietrznego i chłodnego na dużo bardziej przychylny. Nic takiego się nie zdarzyło. Zgodnie jednak z powiedzeniem “co się odwlecze to nie uciecze”, gdy minąłem miasteczko Malargue, kierując się w kierunku stolicy Mendozy, na przestrzeni 50km aura (...)


środa, 20 kwietnia 2011

Wina z Mendozy i Aconcagua - Galeria

Lokalizacja: Mendoza, Mendoza Province, Argentina


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Z beztroskiego El Bolson pod chilijski wulkan.

Lokalizacja: El Bolsón, Río Negro, Argentyna
Po noclegu na rozstaju dróg w okolicach Esquel, gdzie w nocy dnia poprzedniego wysadził mnie kierowca TIR-a, bez większych problemów dotarłem do El Bolson. Mógłbym się tu rozwodzić nad naturą tego niewielkiego, otoczonego górami, opanowanego w dużej mierze przez hipisów miasteczka , jednak nie zamierzam tego robić. 

Skupię się tu na przedstawieniu mężczyzny, który w punkcie informacji turystycznej zwerbował mnie, do zatrzymania się w jego hostelu.Urodził się w argentyńskim mieście nad Atlantykiem, tam rósł, rósł i rósł, aż przekroczył nieznacznie dwa metry wzrostu. Potencjału nie zmarnował. W wieku 18 lat grał już w (...)


niedziela, 10 kwietnia 2011

Z El Bolson pod wulkan Puyehue - Galeria

Lokalizacja: Puyehue, Los Lagos Region, Chile



poniedziałek, 4 kwietnia 2011

W ramach rekompensaty? Spacer po lesie!

Lokalizacja: Sarmiento Department - Chubut Province, Argentina
Dzień wyjazdu z Perito Moreno, był jednym z tych w których wszystko sprzysięga się przeciwko tobie. Wstałem wcześnie rano, aby o godzinie 8:00 spakowany i najedzony, stawić się na drodze wylotowej z miasteczka. Słońce zaczęło świecić w twarz więc sięgnąłem po okulary, okazało się jednak że będę mógł je założyć dopiero wtedy, gdy ponownie pokonam 2km drogę dzielącą mnie od campingu. Jak już się doczłapałem na miejsce okazało się, że Raula, czyli właściciela posesji nie ma. W tej sytuacji postanowiłem iść do kafejki internetowej, która oczywiście okazała się zamknięta, taki środowy kaprys, akurat tego dnia otwierają później. Na całe szczęście (...)


niedziela, 3 kwietnia 2011

Z Rio Mayo do El Bosque Petrificado - Galeria

Lokalizacja: Sarmiento Department - Chubut Province, Argentina



czwartek, 31 marca 2011

Jaskinia i oryginał

Lokalizacja: Lago Buenos Aires Department - Santa Cruz, Argentyna
Po wizycie w El Chalten czekała nas dalsza podróż ku ciepłej północy. Kolejny etap miał się zakończyć w miasteczku Perito Moreno. Dystans jaki musieliśmy pokonać to około 600km, z czego 400 km Ruty 40 nie widziało nigdy asfaltu. Zapowiadało to ograniczony ruch kołowy na tym odcinku. Podróż autostopem zajęła nam 3 dni co uważam za bardzo dobry wynik. Szczególnie że po drodze zboczyliśmy z trasy kilkadziesiąt kilometrów, aby obejrzeć jaskinię “Cueva de las Manos”. Do Bajo Caracoles, miejscowości gdzie należy skręcić w ślepą drogę prowadzącą do (...)


środa, 30 marca 2011

Cueva de las Manos i... - Galeria

Lokalizacja: Cueva de las Manos - Santa Cruz Province, Argentina